19 marca 2008

Tchin Tchin

Sztuka wznoszenia toastów towarzyszy ludzkości od tak dawna jak znane są wspólne biesiady. Niektóre grupy mają swoje własne toasty - niczym myśliwskie "Darz bór!". Nie jest także inaczej w przypadku poszczególnych narodów. Wiele z nich ma swoje własne toasty wznoszone przy wielu okazjach. Jedni piją "Na zdrowie" inni "Sto lat", jednak co by nie mówili to łączy ich to, że nie piją po cichu. Co więcej, niektórzy uważają, że picie bez toastów to pijaństwo!

Jednak nie o trunkach wyskokowych jest mój dzisiejszy tekst (przynajmniej nie wprost). Chciałem Wam dzisiaj przedstawić grę autorstwa Guillaume Blossier, która traktuje o sztuce wznoszenia toastów.

Pudełko i jego zawartość
Gra zapakowana jest w małe metalowe, kwadratowe pudełko, takie samo jak opisywane przez nas gry Babylone czy Versailles. Jest to związane z tym, że wszystkie te gry należą do serii gier kieszonkowych (Jeu du poche) wydawnictwa Interlude.
Wewnątrz pudełka znajdziemy 48 kwadratowych kart:
  • 4 karty z instrukcją do gry
  • 6 kart osób
  • 30 kart toastów
  • 6 kart specjalnych
  • 2 karty turystów
Wszystkie one zostały wykonane na grubym papierze dzięki czemu można spokojnie powiedzieć, że wytrzymają wiele toastów (znaczy partii). Wszystkie są bardzo ładnie ilustrowane (za oprawę graficzną odpowiedzialny jest Olivier Fagnère). Rysunki są kolorowe i przywodzą na myśl wesołe francuskie komiksy :o)


Szkło na stół!
W podstawowej wersji gry może wziąć udział 4-6 graczy (przy czym przy 4 graczach usuwa się część kart toastów, aby przyspieszyć rozgrywkę). Każdy gracz otrzymuje jedną, losową kartę osoby, a niewykorzystane karty osób kładziemy odkryte na stole. Karty te są niezwykle istotne ponieważ wyznaczają w jakim miejscu gracz wznosi toast, jaki toast wznosi i jakim gest temu towarzyszy. A wygląda to następująco: każda osoba znajduje się na tle jakiegoś budynku (np. Anglik ma za swoimi plecami Big Bena, Rosjanin – Plac Czerwony, a Francuz wieżę Eiffela), do tego każda osoba ma „w chmurce” napisany toast jaki wznosi podczas picia (Meksykanin – Salud!, Niemka – Prost! a Japończyk – Kanpai!). Na dopełnienie tego wszystkiego na każdej karcie osoby znajduje się trunek, a raczej gest z nim związany (Francuz wysoko unosi kieliszek z szampanem, Anglik popija herbatę odpowiednio trzymając mały palec, a Rosjanin rzuca za siebie kieliszek po wódce).

Wszyscy gracze muszą zapoznać się z miejscami, gestami oraz toastami przedstawionymi na kartach osób. Kiedy to zrobią można przystąpić do właściwej części gry.

Wszystkie karty toastów zostają wymieszane i ustawione w zakryty stos. Jeden z graczy odkrywa wierzchnią kartę i kładzie ją odkrytą na stole. Teraz liczy się refleks i szybkie kojarzenie! Otóż o daną kartę pojedynkują się 3 osoby:
  1. gracz, który na swojej karcie ma przedstawione miejsce pokazane na karcie toastu
  2. gracz, który na swojej karcie ma gest związany z trunkiem pokazanym na karcie toastu
  3. gracz, który na swojej karcie ma osobę znajdującą się na karcie toastu
Wspomnianą kartę zdobywa osoba, która jako pierwsza wypowie toast osoby pokazanej na karcie toastu wykonując przy tym gest związany z trunkiem jaki na niej jest pokazany. Zbyt zawiłe? Posłużmy się więc przykładem:

Na odkrytej karcie toastu znajduje się: Niemka pijąca herbatę, a za jej plecami widzimy wieżę Eiffela. O kartę toastu więc walczą ze sobą Niemka, Francuz oraz Anglik. Zdobędzie ją ten, który jako pierwszy wypowie toast Niemki wykonując gest Anglika. Czyli krzyknie „Prost!” udając, że w ręce ma filiżankę herbaty („paluszek” obowiązkowy!).


Osoba, która jako pierwsza wykona odpowiednią kombinację toastu/gestu zdobywa kartę i na jej miejsce odkrywa nową. Gra toczy się do momentu aż wyczerpie się talia, a rozgrywkę zwycięża osoba, która zdobyła najwięcej kart.

Dla wszystkich tych, którzy lubią imprezy w większym gronie zapewniono dwie karty turystów. Przy ich użyciu w rozgrywce może wziąć udział nawet 8 osób. A co owi turyści robią? Otóż na tych kartach przedstawione są 3 lokacje znajdujące się na innych kartach, przez co w każdym pojedynku może brać teraz udział do 4 osób.



Zaś dla tych, którzy uważają, że powyższe zasady są za mało pokręcone (o ile ktokolwiek tak uważa jeszcze przed rozgrywką) mamy 3 rodzaje kart specjalnych. Jedna zmusza do powtórzenia poprzedniej kombinacji, inna wywołuje pojedynek pomiędzy osobami siedzącymi tuż obok osoby, która odkryła kartę, a trzecia sprawia, że wszyscy gracze przy stole muszą wykonać kombinację toast/gest związaną z osobą gracza, który ją odkrył.

Pokopane…

„Postaw literek, niech brzękną szkła”
Jak już chyba wyraźnie widać po przedstawieniu zasad „Tchin Tchin” jest zdrowo zakręconą grą. W sumie nie ma się co dziwić, ponieważ do zakupu tej pozycji namówił mnie sam „Mistrz” – Roberto Fraga, a jak wiecie, on sam robi zwariowane gry.

Rozgrywka w Tchin Tchin jest szybka, wesoła i przyjemna, ale tylko wtedy, kiedy gracze załapią zasady, co niestety często sprawia wiele problemów. Kilka razy podczas tłumaczenia reguł gry poległem – pomimo przedstawienia zasad i pokazania przykładów gracze dalej nie wiedzieli o co chodzi i gra musiała powędrować z powrotem do pudełka.

Jednak wśród osób, które załapały – istna bajka! Wszystko szybko i wesoło. Najwięcej radości sprawia chyba obserwowanie innych kiedy głowią się nad prawidłową kombinacją. Myślą, myślą, myślą … wznoszą toast połączony z gestem, a za chwilę sami się łapią, że źle :o) No i myślą od nowa. W sumie przecież trzeba wykonać prostą czynność – połączyć ze sobą toast i gest. Czy to aż takie trudne? Uwierzcie, że tak. Podczas tej pozornie prostej czynności mózg zawiązuje się na supełek, i gracze mają problem z poprawnym wykonaniem zadania. Nawet rozgrywka bez kart specjalnych jest dość trudna, a dla niektórych karty specjalne są niczym rodem z rasowego horroru.

Niezależnie jednak od tego gracze wypełniają zadanie dobrze, czy źle, wokół stołu ciągle unosi się atmosfera przyjęcia. Co rusz słychać toasty - rosyjskie „Na zdorovie!” przeplata się z japońskim „Kanpai!” i niemieckim „Prost!”. Do tego ciągle wyobrażamy sobie te hektolitry alkoholu spływające ze stołu… Dla niektórych marzenie, dla innych przerażenie jak można robić grę o czymś takim.

Warto tutaj wspomnieć, że pomimo iż jest to gra o alkoholu to niewskazane jest raczej granie po jakimkolwiek procentowym napoju, ponieważ może to wiązać się z wydłużeniem czasu reakcji, przez co gra może stracić na dynamice i zabawie. Jednak z drugiej strony po % niektórym będzie weselej. Dlatego też niech każdy sam oceni, czy woli grać z % czy bez nich. Ważne jednak jest, aby wszyscy się dobrze bawili.


„Kończcie flaszkę i do domu”
Grę Tchin Tchin można spokojnie polecić wszystkim osobom lubiących zwariowane gry w stylu Jungle Speed czy Fliegen Klatschen. Jest to kolejna wariacja na temat wyścigu o kartę, jednak w przeciwieństwie do wspomnianych gier jest mniej urazowa i wymaga koordynacji, co często sprawia niemały problem. Rozgrywka jest na tyle szybka i dynamiczna, że miłośnicy tych gier na pewno będą zadowoleni.

Nie można jednak gry polecić osobom szukających cięższych gier. Powinny się one trzymać z daleka od tej małej puszki, ponieważ będzie ona dla nich puszką Pandory. Rozgrywka nie będzie dla nich przyjemnością, a raczej nieszczęściem, a przecież nie o to w grach chodzi.

Na szczęście ja jestem z tych pierwszych ;o) Tchin Tchin!

Tytuł: Tchin Tchin
Autor: Guillaume Blossier
Czas rozgrywki: ok. 10 min.
Liczba graczy: 4-8
Wydawca: Interlude/Cocktailgames

Ocena ogólna: 4/5
Wykonanie i grafika: 5/5
Złożoność: 2/5 (choć podczas gry może wydawać się, ze jest 5/5)

2 komentarze:

Sylwia pisze...

rzeczywiście gra nie jest taka prosta jak by się mogła wydawać:) zanim cokolwiek wymyśliłam to już inne osoby dawno miały wygraną kartę w ręce:) jak dla mnie bardzo zamieszane i ciężko mi się w tym połapać...ale myślę, że gdyby więcej w to pograć to by się trochę wprawy nabrało...(chyba) ;)

Anagramma pisze...

Najgorsze jest to, że wiadomo że ma się proste zadania: 1. sprawdzić czy dany pojedynek dotyczy mnie (osoba, naczynie, tło) i 2. dopasować toast do gestu. Taka banalna czynność, a myśli sie i myśli i rusza rękami i ma się to wiecznie na końcu języka... straszne, ale polecam!