Giganci przestworzy, czyli… kostki górą!
Szło łatwo, zbyt łatwo. Do tej pory zachodzę w głowę jak mogłem zignorować czerwone światełko zapalające się w mojej głowie? Być może przesłoniła je fałszywa wizja bliskiego zwycięstwa w wielkim stylu. Przewaga była imponująca. Moja plansza kompanii wypełniona była całkowicie! Miałem niezłą kartę finansów, dobrego kapitana i inżyniera, świetny hangar, materiały i silnik. W rezerwie leżały dwa żetony premii. Kwiatkiem na torcie były wybudowane 3 sterowce dające cenne punkty i rozpoczęta budowa Hindenburga. Przeciwnicy byli daleko w tyle. To była nasza pierwsza rozgrywka, więc zaczęły padać głosy, że ponieważ zwycięzca jest już znany, to przerwijmy grę i rozegrajmy następną partię, bo zasady zostały opanowane i teraz można już „na ostro”. I właśnie wtedy mina mi zrzedła… Jak mogłem nie docenić Andreasa Seyfartha?! Ja niemądry! Czy naprawdę dałem się tak łatwo wyprowadzić w pole? Ja stary wyjadacz gier? Niestety! Mea culpa! Mea maxima culpa! Cały plan runął, a ja zostałem rozgromiony i to w wielkim stylu…

W Gigantach przestworzy (Gigantem der Lüfte, Airships), gracze zawiadują przedsiębiorstwami lotniczymi i starają się zdobyć możliwie najwięcej punktów zwycięstwa na końcu gry. Punkty przyznawane są za konstruowanie sterowców oraz ukończenie kolejnych etapów budowy supersterowca – Hindenburga, a także za posiadanie na końcu gry niektórych kart ulepszeń.

Sama gra zapakowana jest w solidnie wykonane pudełko. Jego wnętrze skrywa: 1 planszę główną, 4 plansze kompanii, 18 kart sterowców, 48 kart ulepszeń, żetony premii (po 6 na gracza), 9 specjalnych kości (po 3 w kolorach: białym, czerwonym i czarnym) oraz drewnianą figurkę sterowca. Wszystko cacy… No prawie wszystko. Jedynym „ale” jest wypraska wzięta z zupełnie innej gry Queen Gamesa. Chociaż przegródka na karty jest ewidentnie zbyt duża, to jednak najważniejsze, że wszystko się wewnątrz pudła mieści.
Plansze nie zachwycają grafiką ale ponieważ służą jedynie do wykładania kart i są wykonane z kartonu dobrej jakości, to nie będę się nad nimi zbytnio pastwił. Sercem gry są karty i kości. Te drugie są zwyczajne, plastikowe. Karty natomiast są znakomicie wydane. Wydrukowane na grubym papierze z czytelnymi grafikami i ładnymi rysunkami. Już dawno nie widziałem w grach planszowych tak dobrych jakościowo kart. Większość graczy zbyt często narzekała na jakość kart w ostatnio wydawanych tytułach, a tu miła niespodzianka!

No ale do dzieła! Po wybraniu karty inwestora (Niemiec, Francuz, Amerykanin lub Włoch), zakładamy własne przedsiębiorstwo lotnicze i z wielkim zapałem przystępujemy do konstruowania sterowców! Zapomnijcie jednak o desce kreślarskiej, rynku pracy, halach montażowych, próbnych lotach, sprzedaży biletów na transatlantyckie podróże, czy bicie rekordów w szybkości przelotu. Tutaj większości z tych rzeczy najzwyczajniej nie doświadczycie. Owszem są hangary, są materiały, nawet silniki. Walczymy także o kapitanów i inżynierów, ale li tylko w wymiarze symbolicznym. Wszystkie te rzeczy występują bowiem jedynie jako swoiste symbole na kartach ulepszeń. Ich posiadanie jest niezbędne do… samego grania. Wejść w posiadanie danej karty możemy jedynie wykonując szczęśliwie rzuty odpowiednią kombinacją kości (pewne podobieństwo do „Um Krone und Kragen"). Karta, którą gracz stara się zdobyć, informuje o kolorze i liczbie kości wymaganych do wykonania rzutu oraz prezentuje wynik, który przy ich pomocy należy osiągnąć. Im większa liczba kości, jakie gracz ma do dyspozycji, tym większe szanse na uzyskanie wymaganego rezultatu. Na początku gry gracz ma do dyspozycji jedynie dwie białe kości (oczka 1-3) przy użyciu których walczy o potrzebne karty udoskonaleń. Karty udoskonaleń dzielą się na sześć kategorii: finanse, kapitanów, inżynierów, hangary, materiały i silniki. Z każdej kategorii gracz może posiadać jedną kartę. Przy czym jest zasada, że nowo zdobyta karta wypiera starą. Karty dają dostęp do większej ilości kości oraz do kości odpowiedniego koloru. Czasami pozwalają dokonać zamiany kilku kości jednego koloru, na jedną kość w innym kolorze. Bardzo cennym bonusem jest możliwość dodania do wyniku rzutu kością jednego lub dwóch oczek, ale takie karty są trudne do zdobycia, bo wymagają wyrzucenia większej liczby oczek. Innymi możliwymi do zdobycia bonusami są dodatkowe żetony premii lub wirtualna kostka o ustalonym wyniku (np. czerwona kostka z wynikiem 5).

W trakcie gry dbamy więc o właściwy rozwój swojego przedsiębiorstwa wzmacniając jego potencjał odpowiednimi kartami ulepszeń. Oczywiście samo przedsiębiorstwo, choćby było najbardziej nowoczesne, nic nie jest warte, gdy niczego nie produkuje. Równocześnie ze wzmacnianiem naszego przedsiębiorstwa musimy produkować kolejne, coraz bardziej zaawansowane sterowce, co da nam cenne punkty zwycięstwa. Gdy poczujemy się już mocni (albo gdy nie mamy wyjścia, bo oddech konkurencji czuć tuż za naszymi plecami) podejmujemy walkę o budowę Hindenburga. Konstruowanie tego supersterowca, składa się z czterech etapów. Im więcej etapów budowy uda nam się ukończyć, tym więcej punktów zostanie zapisane na nasze konto. Miodzio! Łatwe, szybkie i przyjemne…
Szybkie i przyjemne – zdecydowanie TAK! Łatwe – niekoniecznie. Frycowe jakie zapłaciłem w pierwszej grze długo zapadnie mi w pamięci. Okazuje się, że gra została dobrze obmyślana, a pojedynczy gracz nie jest wstanie zgarnąć wszystkiego. Sytuacja, w której na początku gry odskoczyłem znacznie rywalom szybko doprowadziła do mojej zguby. Otóż, gdy ja skompletowałem zestaw najlepszych (tak mi się wydawało) kart ulepszeń, taśmowo wybudowałem cztery sterowce i rozpocząłem budowę Hindenburga, konkurenci mozolnie walczyli o karty, których bonusy okazały się być nieocenione w końcówce. I kiedy ja ugrzęzłem z moimi kostkami (kolejne rzuty kończyły się niepowodzeniem), oni dzięki kartom dodającym oczka do wyrzuconego wyniku, szybko parli do przodu, w błyskawicznym tempie odrabiając straty. A dla mnie kolejne etapy budowy Hindenburga czy budowa nowocześniejszych sterowców były albo na granicy maksymalnego wyniku rzutu kostkami, albo zupełnie niemożliwe do osiągnięcia. Wsparcie w dotychczas uzbieranych kartach okazało się po prostu niewystarczające!
Nic to! Po tym niepowodzeniu z wielką radością, ale i nadzieją na lepszy wynik przystąpiliśmy do drugiej partii. Ta okazała się bardzo zaciekła. Szliśmy „łeb w łeb” i to do samego końca. W trakcie końcowego liczenia punktów miałem wielką nadzieję na wygraną. Niestety, Kasia wyprzedziła mnie o dwa punkty i ona okazała się prawdziwą bohaterką wieczory wygrywając obie partie w Gigantów przestworzy. Jutro rewanż. Muszę być w końcu górą!
Reasumując, Giganci przestworzy, to znakomita gra. Lekka, o prostych acz eleganckich zasadach sprawiła nam mnóstwo radości. No i te kostki! Nie wierzcie żadnym pseudo ekspertom, że one odchodzą do lamusa. Można oczywiście zastępować je innymi rzeczami. Tylko po co? Świat kocha kostki! A ludzie od wieków czują przyjemny dreszczyk emocji gdy mogą chwycić je w dłoń, chuchnąć na szczęście i mocno ściskając kciuki czekać z wypiekami na twarzy na szczęśliwy uśmiech fortuny. Szczerze polecam!
Wiek graczy: od 10 lat
Ocena ogólna: 4/5
Złożoność: 2/5
3 komentarze:
Bardzo fajnie napisany tekst!
Szczególnie wstęp jest świetny!
a co do losowości w grach -czym były by gry gdyby nie elementy losowości??
Zgadzam się z grace, bardzo fajna recenzja... na tyle fajna że z chęcią grę wypróbuję :-)
Między innymi ten tekst zachęcił mnie do zakupu gry. W ogóle mamy ostatnio jakąś fazę na turlanki (pickomino, risk express, um krone und kragen, can't stop...), więc ten tytuł pięknie nam się wpisze w chwilowe odejście od ciężkich planszówek i radosnych karcianek.
Prześlij komentarz