Znalezione na Allegro: Da Vinci Code
Podejrzewam, że znaczna większość osób, które kiedykolwiek robiły zakupy przez internet, zna syndrom „a jeszcze to, żeby przesyłka była za darmo”. U innych (m.in. w moim przypadku) podobny mechanizm działa w przypadku licytowania na Allegro. Zawsze kiedy kupie jakiś przedmiot u sprzedającego zawsze sprawdzam co ten jeszcze ma w ofercie – a nuż znajdę coś na tyle ciekawego, co warto będzie kupić. Skoro i tak płacę za wysyłkę to nie robi to aż tak wielkiej różnicy. Tak też było w przypadku gry Da Vinci Code, za którą sprzedający liczył sobie 10 złociszy.Tytuł ten był mi wcześniej znany, jednak nigdy nie zainteresował mnie na tyle, aby go kupić. Niewystarczające były także pochwały Thomasa, jaka to gra jest wspaniała. Jednak jakiś czas temu gra wylądowała u mnie przy okazji innych zakupów i muszę przyznać, że jestem z niej niezmiernie zadowolony, a Thomas miał rację (zresztą nie pierwszy raz) ;)

Ale po kolei…
Da Vinci Code to nowa nazwa gry Coda, której autorem jest Eiji Wakasugi. Pozycja ta nie ma nic wspólnego z powieścią Dana Browna, a tytuł jest raczej sprytnym zabiegiem marketingowym ze strony wydawnictwa Winning Moves, który miał sprawić, że gra będzie się lepiej sprzedawała. Da Vinci Code to gra dla przeznaczona dla 2-4 graczy, których celem jest złamanie tajnych kodów przeciwników. Zwycięzcą zostaje gracz, który jako ostatni zostanie ze swoim nieodgadnionym kodem.
Elementy
W środku małego pudełka (16,5cm x 16,5cm x 6cm) znajduje się 26 plastikowych żetonów (po 13 białych i czarnych), a każdy z nich jest mniej więcej wielkości pudełka zapałek. Na owych klocuszkach nadrukowane są liczby z przedziału 0-11 oraz „kreski” (-). Poza tymi nielicznymi elementami znajdziemy w środku jeszcze zwięzłą instrukcję – i to wszystko! Chyba rozumiecie teraz dlaczego tak długo zwlekałem z zakupem gry. W końcu ponad 50zł (normalna cena gry jest wyższa niż „pół stówki”) za 26 klocków to jednak pewna przesada.

Elementy wykonane są przyzwoicie – równo odlane, mają czyste kolory, a nadruki się nie ścierają – czyli wszystko fajnie, ale to i tak nie wyjaśnia ceny gry.
Zasady
W wariancie podstawowym gracze mieszają na środku stołu zakryte żetony z liczbami (kreski są wykorzystywane w wariancie zaawansowanym) po czym każdy z grających losuje z puli 4 klocki, które stawia przed sobą tak, aby były one niewidoczne dla przeciwników. Jednak żetonów nie wolno ustawiać byle jak – muszą być one ustawione w kolejności rosnącej od lewej do prawej. Jeżeli gracz ma dwa żetony z tą samą liczbą, pierwszeństwo mają żetony czarne.
Podczas swojej tury gracz losuje z puli żeton i stawia go obok swojego kodu. Następnie na podstawie wskazówek jakie posiada (na początku rozgrywki są to jedynie jego żetony, ale podczas rozgrywki są nimi także odkryte żetony przeciwników) musi wskazać jeden żeton należący do wybranego przeciwnika i powiedzieć jaka jego zdaniem liczba się na nim znajduje. Jeżeli się pomyli to musi ujawnić żeton-wskazówkę i umieścić go w swoim kodzie zgodnie z zasadami. Kolejka przechodzi na następnego gracza.
Jeżeli ma rację może zgadywać dalej (może wskazać klocek u dowolnego przeciwnika) lub może umieścić w swoim kodzie żeton-wskazówkę bez ujawniania go swoim współgraczom.
Następnie kolejka przechodzi na następnego gracza.
Zwycięża osoba, która jako ostatnia utrzyma w tajemnicy swój kod.

W wariancie zaawansowanym wykorzystuje się żetony z kreskami. Kreska to po prostu joker, którego można umieścić w dowolnym miejscu kodu, a zgadujący musi wskazać go mówiąc „kreska”. W przeciwnym wypadku zawsze się myli.
Ponadto w instrukcji znajdziemy zasady turniejowe, a dokładnie sposób przyznawania punktów po i w trakcie partii.
Zagramy?
Jak już wspominałem na początku, Da Vinci Code kupiłem raczej „na doczepkę” i bez specjalnych emocji. Zresztą sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy przytoczone powyżej zasady są jakieś specjalnie ciekawe. Mnie nie wydały się niczym oryginalnym. Do czasu…
Aż zagrałem!
Już po pierwszej rozgrywce byłem w czymś w rodzaju szoku. Moją pierwszą myślą było „O kurcze! Ale fajne!” Co więcej, w tej opinii nie byłem odosobniony, ponieważ Grace miała bardzo podobne odczucia.

Rozgrywka posiada w sobie jakąś dziwną magię i coś na kształt ryzyka czy hazardu. O ile pierwsze zgadywanie jest obowiązkowe to kolejne już nie. I tutaj pojawia się problem – zgadywać dalej, ryzykując ujawnienie żetonu, czy przedłużyć swój kod? Niby jasne wydaje się przedłużenie kodu, ale z drugiej strony nie wiemy, jakie informacje posiada przeciwnik i czy nam nie zrobi „czystek”, odkrywając większość z tego co chowamy.
Istny kosmos jest kiedy wprowadzi się kreski – wtedy tak naprawdę niczego nie możemy być pewni, chyba, że sami posiadamy obie kreski, ale to nie występuje tak często. W wariancie zaawansowanym liczba możliwości wartości żetonów przeciwników rośnie tak bardzo, że częściej opłaca się ryzykować niż logicznie dedukować (choć i bez tego się nie obejdzie).
Nie ma co jednak ukrywać – rozgrywką w znacznym stopniu rządzi czynnik losowy. To od niego uzależniony jest skład naszego kodu oraz to jaką wskazówkę wyciągniemy. Najbardziej bolesne jest wyciągnięcie żetonu, który nie daje nam praktycznie niczego nowego (ponieważ już wcześniej udało się nam ustalić, że przeciwnik nie ma klocka o tej wartości) lub takiego, którego nie ma sensu umieszczać w kodzie, bo przeciwnik i tak go zaraz zgadnie.
W opozycji do czynnika losowego stoi czas rozgrywki. Otóż pojedyncza partia zajmuje około 5 minut. Tak więc jeżeli mamy pecha to możemy od razu poprosić o rewanż. Potem jeszcze jeden, i jeszcze jeden, jeszcze ostatni raz, i ostatni ostatni itd… (jak to piszą w komiksach „Godzinę później”) …ta partia będzie naprawdę ostatnia. Gra tak niesamowicie wciąga, że czasem nie sposób się od niej oderwać. Można nawet powiedzieć, że w pewien sposób uzależnia. Zresztą doskonałym tego przykładem jest sytuacja jaka miała miejsce, kiedy pożyczyłem Da Vinci Code mojej siostrze, która pojechała w odwiedziny do brata i jego żony (brat ani bratowa specjalnie grywalni nie są). Otóż zaczęli grać dość późno i w pewnym momencie brat powiedział „Dobra, ostatnia partia. Ogram Was i kończymy”. Po tym zdaniu zagrali podobno coś pomiędzy 15-20 razy! :D A nie mówiłem, że wciąga?
Podsumowując
Z czystym sumieniem mogę polecić Da Vinci Code. Dzięki tej niepozornej (zarówno jak z wyglądu, jak i z zasad) gierce, udało mi się spędzić wiele przyjemnych chwil. Jest to tytuł idealny dla osób, które mają ochotę zagrać w coś prostego, lekkiego i szybkiego, a przy tym niegłupiego. Niestety istotną wadą tego produktu jest jego cena – ponad 50zł za żetony z plastiku to dość dużo. Z drugiej strony patrząc, jeżeli cena ma być adekwatna do zabawy jaka płynie z rozgrywki to gra jest super tania.

Kończąc podsumowanie muszę jeszcze raz przyznać, że Tomek miał absolutną rację – Kod da Vinci jest super!
2 komentarze:
A nie mówiłem, że gra jest świetna?! W miniony weekend bawiałem się z kolei w równie mało znane i niedoceniane Tsuro. Graliśmy w 3 osoby. Jako pierwszy z planszy wylatywał zawsze mój ojciec, drugi byłem ja, a Romka pozostawała zawsze na planszy niezwyciężona. Dlatego wolę Code! Tam przynajmniej rozgrywka zawsze jest zacięta i wyrównana, a często to właśnie ja wygrywam (szczególnie, gdy gramy bez Romki :))
To co mi sie w tej gierce podoba, to sposób w jaki można wykorzystać informacje, które przeciwnik, nam daje poprzez konkretne zapytania. Oczywiście można takimi pytania również wprowadzić pozostałych graczy w błąd.
Np. zapytać przeciwnika czy to czarne to 6, podczas gdy samemu ma się czarną 6 wbudowaną w nieodkryty kod, a na ręce powiedzmy 0, gdy jedynka jest odkryta. Odkrycie czegoś zbyt oczywistego zmniejsza szanse dla przeciwnika na powiększenie kodu (musi zgadnąć przynajmniej raz, żeby sobie nowy żeton dostawić) a trefne pytanie zbija go z tropu dając do zrozumienia, że on właśnie nie ma tej 6.
Gorzej jak ktoś się pomyli i zapyta o to, co sam ma, odkrywając w ten sposób dobry element kodu...
Prześlij komentarz